wtorek, 27 czerwca 2017

Bośniacka przygoda w nieznane....

Przystanek Budapeszt


Chcąc sprawdzić słuszność tezy, że dzieciom jest dobrze wszędzie tam gdzie są z nimi rodzice...postanowiliśmy wybrać się do odległego kraju, gdzie przeplatają się z sobą rozmaite kultury, smaki oraz emocje. Decyzja o wyjeździe nie przyszła nam łatwo, gdyż moja wrodzona lękliwość nie pozwala mi bezpiecznie opuścić granic naszego kraju. Jednak upór i wytrwałość mojego męża spowodowały, że jesteśmy właśnie w drodze na Bałkany... Im bliżej wyjazdu, tym moje obawy paradoksalnie stawały się coraz mniejsze, jednak bynajmniej nie za sprawą fantastycznego przygotowania, ale poczucia, że im szybciej wyjedziemy...tym szybciej wyjazd ten będę mieć za sobą:-) (kochany Mężu, jeśli to czytasz-wybacz):-) Do ostatniego momentu jednak, nasza wyprawa była bliska temu, że w ogóle się nie rozpocznie, gdyż awaria auta-naszego środka transportu oraz brak paszportów znacznie ją mogły utrudnić. Jednak po raz kolejny upór mojego Męża, który w dniu planowanego wyjazdu pojechał na Śląsk po brakującą część do samochodu spowodował, że się udało. Paszportów co prawda nie udało się nam wcześniej uzyskać, jednak zapobiegliwy Mąż złożył wniosek o dowody które udało się zdobyć na dzień przed wjazdem.
I tak oto, spakowani w 4 walizki i jedną torbę (każdy w swoją), z wysłużonym już wózkiem parasolką, oczywiście aparatem, przewodnikiem, pokaźną apteczką (przepraszam...kilkoma apteczkami spakowanymi w każdą walizkę-gdyby na przykład któraś zagnęłą..;) ruszyliśmy ku przygodzie w stronę Bośni i Hercegowiny.
Będąc posiadaczami trójki - niekoniecznie lubiących podróżować samochodem- łobuzów, rozbiliśmy podróż 1300 km na trzy etapy. Pierwszy, przystankiem z noclegiem w Budapeszcie.
I muszę na samym początku przyznać, że jak do tej pory, był to niewątpliwie najbardziej ekskluzywny i wygodny pobyt:-). Zarezerwowaliśmy dwie noce w Apartamencie znajdującym się w samym centrum starówki, przy ul. Sütő u. 2. Co prawda na 4 piętrze wysokiej, secesyjnej kamienicy, ale z windą i fantastycznym widokiem na Stare Miasto.







Już z samego rana postanowiliśmy ruszyć w miasto, ale znając nasze pociechy, bez wstępnie wyznaczonego celu i na spokojnie, w myśl założenia, że co uda się nam zobaczyć to ,,nasze" a resztę zwiedzimy kiedy przyjedziemy tu sami...(szczerze wątpię, że się to uda, ale pozwoliło ta nam spokojnie cieszyć się sobą i otaczającym nas urokliwym miastem).
Posiadanie maluchów wiąże się niewątpliwie z kilkoma przyjemnościami, do których należą zjadane lody kilka razy dziennie oraz..możliwość bezkarnego wchodzenia na fontanny, karuzele i wszelkie inne ,,dzieciowe" atrakcje:-).
 Tak więc zwiedzanie rozpoczęliśmy od panoramy miasta z wielkiego koła diabelskiego nieopodal Hotelu Ritz.










Udało się również zwiedzić Bazylikę św. Stefana  przy placu św. Stefana, która jest największym kościołem stolicy Węgier. Dzieci zapaliły świeczki (Dobrusia tradycyjnie za dziadzia Stasia, a Hania za cały świat..:-). Niestety wyjście na punkt widokowy miasta jest możliwy tylko za płatnością gotówką (dzieci wchodzą bezpłatnie), więc zrezygnowaliśmy udając się na dalsze zwiedzanie starówki. Kolejne lody, szybki obiad w lokalnej restauracji (zamówiona przez dzieci zupa jarzynowa okazała się być czymś na wzór naszej...zupy węgierskiej:-).
Przepięknym i zabytkowym Mostem Łańcuchowym przedostaliśmy się na drugą część miasta, gdzie wdrapując się w górę trasą ,,konary i korzenie drzew" - dzięki ogromnej chęci i namowie dzieciaków, dotarliśmy do Wzgórza Zamkowego. Najdogodniej dotrzeć do pałacu odnowioną XIX-wieczną kolejką linową sikló, która początek bierze na Clark Adam ter (tam też znajduje się pomnik zwany Kilometrem „0”, od którego mierzy się wszystkie odległości drogowe na Węgrzech). Wjazd na górę kosztuje ok. 15 złotych, jeśli chcecie zwiedzić Zamek królewski w Budapeszcie i wrócić – zapłacicie ok. 24 złotych. Inną opcją jest skorzystanie z autobusu nr 16 z Ersebet Ter – przystanki autobusowe znajdują się zarówno w centrum Pesztu jak i w pobliżu wejścia na Zamek królewski. My wybraliśmy opcję darmową ale jakże malowniczą;-).






























































1 komentarz: